Polish

Ars Lectoria

-

czyta mój wiersz
-
-
odkłada kartkę

rozmawiamy
-
-
-----------------------------------------------------------------------------------------------------— Herbaty?

Chętnie.
-
-
zamyślona siada
na moim wierszu

rozmowa schodzi na inne tematy
-
-
— Słodzisz?

niemal czuję jej ciężar

-

-

kształt jej---------------pośladków

-

-

chwila która

-

mogłaby trwać wiecz

-

nie wstawaj

-

Lotos

to na myśl o tym
że za
chwilę
zamkniemy
drzwi

że
przez nasze ciała
przejdzie wysoka fala
i długo

długo

nie opadnie

zwierzęta czyste
i nieczyste
będą biegać w nas
jak oszalałe
a trawy splączą się
korzeniami
i
śliną

nieprędko wypuścimy
mokrego ptaka
albo wcale
nie będziemy szukać
suchego lądu

to na myśl o tym
wszystkim

nasze myśli plączą się
i
nie nadają do druku

-

Zasłony

Zodiaki nadpalonych oczu. W uchu
mikroba uwite schronienie? Inicjały splecione z
ramą, abstrakcje naszkicowane ogniem
udają drzewo albo wzgórze albo ćwierćtonowego
żółwia. Eksmisja.

Odrywa brodę od kolan,
ktoś tłucze o ścianę
oszalałym pantoflem. Obok? Wyżej. Instalują alarm, dźwięk alarmu.

Okno
balkonu uchylone, Diana ogląda w lustrze aerobik, czesze hiacynty.
Akteon lornetkę bierze i odkłada, niezdecydowany umrzeć.

Mówiono: istnieje Edenu sad zielony, kraj Avalonu, łąki asfodeli.
Odkruszona barwa od kształtu.
Czasu odłożyłeś
na ostatnią chwilę?
Od barwy odsączona krew.

Niebo

Otwarte drzwi, chłoniemy idealną symetrię. Kurz
dookoła . ‘ . ; ’ łagodnie ; . opada , nie istnieje

Mamy godzinę Łagodny akwen
otchłani Cierpliwie zarysowany uskok
Rozdarte okno zaleczymy kawałkiem wydmy i trzciną Ambrozja
zjedzona Amfory pełne ambrozji Chłonąc hałas
asteroid ; leżymy głodni

Ostrygi

( … )

Obserwuje twarz odbitą
teraz w oknie, jej asfaltowe
oczy. Blade lica ulic bez imienia, elewacje. Noc i cień. Anemia.

Kochany, odbierz! Może umarł ktoś. One lubią wiersze inne etc. Kto
to odbierze?
Obudzić do szkoły. Ławko ostatnia, niewymownych inwokacji…

Odjąć bieli, lżejsze ucho błękitu. I elewacje. No i efekt cienia.
T a t o,  w y c h o d z i m y. Ósma już?
Odbierzcież telefon! Odłóż.

-

( : )

Odpływ, pora upływu. So rbet z książek i
daktyle obok. Mandarynki obserwują filiżankę, obrane, nagie, ule-
głe. Łowimy orzeszki, szelest
łusek. A gdzie oddział dziecięcy? Nadać imię emocjom.
One to widzą. Ich emocjom, rozebrani arachidowi
skazańcy. Empatia z apatią. Może…?

Drugi obieg. Tęsknimy, kartkując niewinnie. Ile jeszcze
zostało? Nakruszysz, ostrożnie. Włosy upięte
w kok. Ostrożna. Mogłyby pozować, obie naraz. Ujrzeć jak
opadają, kiedy rozczesuje. Ukruszone chwile. Herbatniki,
nakryty imbryk. Esencji mniej esencjalnej.
Kiedy idziesz nad ocean.
Albo bierze szal, otwierasz lodówkę, wyjmuje eklerki na trawie.

-

( ; )

Dziecięce łóżko unosi główkę, arturiańskie
rydwany ognia. Zakrywa mowę, odkrywa wodospad. Analizuje
zbyt
wiele i aliteruje, tracąc różnowagę. Ale krok, a morał i
iskrzące niebo nad. Akant.

Obudzeni do snu, łzy ocierający na aukcjach,
bez ostatniego słowa. Kora i ekskalibur, gdzieś obok,
obok, w odparowanej ciemni. Ubywa.
Kroplami. Opłuczesz mi plecy? Odwiązany strumień. Tu.

-

( . )

Usiądziesz, potem ulegniemy. Słowa zbyt czyste, zbyt arogancko
całują. Idźmy. Ale skąd ta kelnerka. Okna
Hotelu Ankizes, lekko ocienione,
omijamy dziki stragan. Ładny arbuz, niedrogo. I atłas. Sam zapach.

-

( , )

Ukryta powieka uniesie się znów, ciemne znaki, opal. Na ekranie
scena łóżkowa, oglądamy. Wszystko albo…
Teraz albo.. Kocha
albo. Lub.. ewentualnie…

-

(--)

Nie odwracaj się

Noktur-n

NOKTUR-

-n

Czasu zostało na jeden
wiersz

Albo coś zamiast

niedużego

W ciemności powieki

Może herbaty jeszcze?

podnosi filiżankę kubek
chwiliżankę

― Morze herbaty

wygładza fałdy sukni
fałdy wiersza

wsłuchując się

Coś się stało pytasz
Nic nic śpij odpowiadam

Rano przemeblują
nasze puste mie-

Widokówka z Dublina

Pani
Teresa Nowak
pierwszy dom nad rzeką
mieszkania 6

i znowu jesteśmy na wzgórzu Howth
na przedostatniej stronie Ulissesa
zrywamy rododendrony
jeden dla siebie
jeden dla nikogo
jeden dla Pani

słońce świeci dla ciebie
Kasia mruży leniwie słowa
jak wtedy gdy recytowała
tak chcę Tak
w tej zimnej auli

to był marzec albo
luty osiemdziesiątego
dziewiątego
nie pamiętam dokładnie
może Pani
będzie lepiej pamiętać
-
-
-
Morze Irlandzkie w dali
wyobraźnią badamy
dalekie i bliskie
możliwości

zmęczone jachty niczym foki wytaczają się na brzeg
----------------susząc mokre podbrzusza

----------------inne podglądają
-------nasze cienie na wzgórzu
jak obrywamy fioletowy krzew
------------pachnący literaturą

szesnaście lat temu mój Boże
tyle ubyło odkąd
zrywaliśmy z niego po raz ostatni
obwiązując skaleczoną gałąź
gumowym bandażem

gdzie jest ten kamień
na którym zostawiliśmy
swoje imię

wokół tylko drzewa z imionami innych
misternie wycięte
inicjały

musi gdzieś być tylko nie umiemy
znaleźć

tyle drzew
kto to wszystko przeczyta

Dublin, 16 czerwca 2012

Szczelina

patrzę jak pada światło

puch gęstego mroku
ścierając z jej powiek

światło jest ciche
i mrok taki sam

deszcz
pada inaczej

a salwa i żołnierz
jeszcze inaczej

i ja

od jabłoni

Balkon

dla Pani H.N.

oparta o niewidzialne pianino
patrzy na

Balkon

na drzewo pijące prosto z rzeki
uśmiechając się do rozpieszczonej sikorki
śpiącej na ziarnku słonecznika

nad łóżkiem wisi okno w stylowej ramie
zimowy pejzaż z brzegami skutymi mostem
na którym widzi swą maleńką
----córeczkę
ze stosem kruchych bajek
----pod pachą
czytającą młodszemu
----koledze
o podwodnym pałacu błyszczącym w jej oczach
i cierpliwie tłumaczącą że wchodzenie na głęboką wieżę to nie jest bezpieczny pomysł

czy w tej szklanej skrzynce będzie dzisiaj ktoś
a może tamten młodzieniec zanuci
będziesz moją panią

chyba znowu jest zakochana
codziennie w kimś innym
a może w jednym i tym samym wciąż
tylko ja jestem
codziennie inna

ten mdły zapach sosen to zielone na talerzu
nie ma dziś apetytu na sosnowe igły

kim jest ten pan
pijący herbatę z tą moją
chyba córeczką
tak ślicznie się do niego uśmiecha
i ta herbata tak melodyjnie pachnie

ktoś puka

kolejny raz słuchają tego samego
wczorajszy dzień którego jeszcze nie znamy
i to ostatnie preludium
ale mi w piersiach gra

wyjdzie się upewnić czy to naprawdę jest
ona i czy drzwi są
dobrze zamknięte

kiedyś grała to z pamięci
jakąś godzinę temu we Lwowie
dopóki fortepian się nie ukrył
na dnie szafy ze stęchłym sianem

zatkać uszy
nie słyszeć tych stepujących kopyt
na ulicach brukowanych
dziecimi łbami

zaraz wracam do z Krakowa tylko
gdzie ja jestem
ta rzeka tak szybko pędzi za chwilę
wyskoczy z szyn nic nie widać za szybą
gdzie jest wyjście

azalie tak płomiennie kwitną
i ta smukła wytworna dama
w wazonie

jeszcze nie wszystko ostygło

usmażona byłaby smaczniejsza
ile Henryk Ósmy miał żon
w tym królestwie kangurów
z modnymi torebkami
choinek się chyba nie ubiera
pisze że wyjeżdżają nad ocean
rekiny też tam mają markowe
uzębienie

może w tej skrzyneczce już ktoś jest
i ten miły chłopiec znowu zaśpiewa
albo zapowiedzą

deszcz

sama miałaby ochotę śpiewać
tylko chwilowo nie może znaleźć słów
kiedy spałam pewnie wyszły do ogrodu

i tak zatańczyć
z floksami i chmurą astrów

takie piękne oczy twoja córeczka ma
kto w paszcze lwów za nią skoczy
temu je da
dzwoni ktoś

kim jest ten
to chyba tamten

chłopiec z deszczu
jak go kiedyś nazwała
w liście pięćset pięćdziesiątym piątym
do córki wygrzewającej się w słowie
z szarobłękitną w słońcu książwstążką
już mi się mylą te
słowiki

gdzie moja córunia jest
tydzień temu wyszła po świeże bułki
i dotąd nie wróciła
nie słychać jej
to takie niebezpieczne
samej chodzić po obcym
terenie

dzień dobry już jej nie widzieliśmy chyba z rok
prosimy pozdrowić tak przejmująco córka
recytuje powinna zostać aktorką
taki głos

piesek też jeszcze nie wrócił ze spaceru
i jego pan z głową w liczbach
to chyba on mi te listy numeruje
spacerując między muchomorami

trzeba zacerować to okno

wtedy nikt nas tu nie znajdzie nie przyjdą
nie przyj już śliczną córeczkę masz
połóżcie mi ją na piersi
jakie imię jej dasz

ciekawe co teraz dwa
czyta

czy tamta
w którym kolorze będzie jej ładniej
obie uszyłam dla niej
na całym świecie żadna dziewczynka
nigdy nie miała królewniejszej sukienki

już późno
tak wcześnie

taki piękny jasny dzień

----

ciekawe co
czyta
teraz

czas już wracać tylko gdzie my właściwie
jesteśmy zbyt jasno żeby coś zobaczyć
trzeba zgasić światło
tu i na bal
konie

nie będzie widzieć liter
litery nie będą widzieć jej

co teraz czy

pałac pło
nie

to nie

ptaków
śpiew